Grom Warszawa Mistrzem Polski

  • 10 lutego 2015

Dawno temu lacrosse nazywany był Grą Stwórcy. Jeśli Wszechmogący zerknął na to co się działo w minioną sobotę (14.06) na boisku rugby warszawskiego AWFu, to od trzeciej kwarty musiał mieć naprawdę spory zgryz komu kibicuje. W każdym razie jestem pewien, że został do końca rozgrywki. Finał Polskiej Ligi Lacrosse nie może być przeze mnie nazwany po prostu meczem o puchar. Grom Warszawa i Kosynierzy Wrocław zmienili zielone boisko w pole bitwy. Sam lax przestał być też w moich oczach egzotyczną ciekawostką, która przywędrowała do Polski z zachodu jak wiele innych dyscyplin. Ze względu na poziom zaangażowania ludzi, którzy go tworzą zasługuje na określenie go sportem przez duże „S”.

Podczas, gdy lubiący dobrą nutę tłumnie wbijali na Stadion Narodowy, a kibice piłki nożnej chłodzili piwo na wieczór, ja wybrałem się zobaczyć kto zostanie Mistrzem Polski w dyscyplinie zdecydowanie mniej popularnej niż na to zasługuje. Pogoda nie zachęcała do ruszenia tyłka, ale ciekawość zwyciężyła. Po drodze zdążyłem zmoknąć, przeschnąć, znów zmoknąć i skostnieć na wietrze. Wieczorem dostałem temperatury. I wszystko to nieistotne, bo nie darowałbym sobie gdybym nie poszedł.

Niewiele potrafię napisać o poziomie zawodników, czy stopniu zaawansowania gry. Nie znam się, ale wcale nie potrzebowałem szczególnej wiedzy o zasadach, do tego, żeby czuć jak powietrze wibruje od napięcia. Obserwowałem zwroty akcji tak szybkie i nieprzewidywalne, że zamiast składnego dopingu z mojego gardła wydobywały się nieartykułowane okrzyki. Właściwie nie pamiętam, kiedy ostatni raz zdobyłem się na to, żeby krzyczeć jak wariat, bo ktoś zdobył gola. Kibicowałem wielu dyscyplinom. Dopiero lax wyzwolił u mnie czystą radość z każdej kolejnej bramki i poczucie klęski po utracie prowadzenia przez drużynę, której kibicowałem.

Chłopaki z obu składów zostawili na boisku masę serca i zdrowia. Nie oszczędzali ani sprzętu ani siebie. Punkty zdobywane były w spektakularny sposób, precyzja podań robiła wrażenie, a piwo w plenerze już dawno nie smakowało mi tak dobrze. W pewnym momencie zrobiło się jakby chłodniej, ale dreszcz przeszedł nie tylko po mnie. Widziałem jak gość pada na ziemię, zwodnicy krzyczeli po medyka. Jeszcze nie było wiadomo co się stało. Na płycie boiska dzieje się za dużo, żeby widz mógł dostrzec wszystko. Na trawie leżał zawodnik z Wrocławia. Sanitariuszka pomogła mu wstać. Rozległy się oklaski z trybun. Zasłabł ponownie…

(fragment tekstu z bloga thatslife.pl – kliknij po więcej)